piątek, 18 stycznia 2019

Aneta Jadowska - "Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" - kryminał czy książka obyczajowa?

Aneta Jadowska "Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" - "Garstka z Ustki" recenzja książki

Pierwszy audiobook w tym roku już za mną! Trwał ponad 8 godzin, ale naprawdę było warto :) Tym bardziej, że odkąd regularnie chodzę na siłownię, mam całkiem sporo czasu na słuchanie książek bez wyrzutów sumienia ;)

Rok 2019 zaczęłam od książki, która swoją premierę miała prawie dokładnie rok temu, w styczniu 2018. Pamiętam, że wtedy śledziłam rozwój wydarzeń związanych z premierą - m.in. wyjazd kilkorga blogerów książkowych do Ustki. Razem z autorką podążali śladem głównej bohaterki odwiedzając miejsca będące inspiracją dla książkowych lokacji. Po zapoznaniu się z treścią książki bardzo zazdroszczę im tego wyjazdu, ponieważ wielokrotnie zastanawiałam się, jak w rzeczywistości wyglądają miejsca, które opisywała Aneta Jadowska :)
Jeśli chcecie jeszcze lepiej poczuć klimat książki przed jej przeczytaniem, zapraszam Was na kanał Marcina Okoniewskiego, znanego jako Okoń w sieci - KLIK. Tuż przed premierą książki nagrał w Ustce bardzo miły dla oka film, pozwalający szybko przenieść się w miejsca, w których rozgrywała się akcja powieści, a także zorientować się ogólnie w fabule książki.

Po trochę długim wstępie w końcu przyszedł czas, żebym opowiedziała Wam w skrócie, o co chodzi z tym całym "trupem na plaży" (który to tytuł mój słownik w telefonie uporczywie zamienia na "trupa na płazy"...). Otóż pewnego dnia młoda dziewczyna - Magda Garstka, przed laty związana z Ustką, a obecnie szukająca swojego miejsca na ziemi, znajduje na usteckiej plaży zwłoki mężczyzny, który nie jest miejscowym. Policja rozpoczyna śledztwo, aby poznać tożsamość i przyczynę śmierci tajemniczego przyjezdnego, jednak Magdzie nie odpowiada rola biernego świadka i na własną rękę stara się rozwiązać tę zagadkę kryminalną. Fabuła komplikuje się coraz bardziej wraz z pojawieniem się każdego nowego bohatera, ale na szczęście koniec książki przynosi czytelnikowi odpowiedzi na wszystkie dręczące go w trakcie lektury pytania. A powiem Wam, że rodzi się ich naprawdę sporo. O ile "trup na plaży" to początek, o tyle "inne sekrety rodzinne" rozbudowują całą fabułę, mnożąc zagadkowe wątki i dodając książce pewnej głębi, bogatszego tła.

Pierwsze książki Anety Jadowskiej pojawiły się na rynku za sprawą wydawnictwa Fabryka Słów i zdecydowanie zaklasyfikowałabym je jako fantastykę, chociaż nie brakowało w nich również zagadek kryminalnych. Z kolei "Trup na plaży...", wydany przez SQN, to pozycja w pełni realistyczna - momentami aż do bólu. Jest to książka napisana lekko, bardzo szybko się ją czyta,  bardzo przyjemnie się jej też słucha ;) - dla Storytel czyta ją Paulina Holtz. Sposób w jaki główna bohaterka krok po kroku stara się rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci jest tak "normalny", że każdy czytelnik może pomyśleć, że w zasadzie, to postępowałby tak samo, jak Magda Garstka. Nie ma tu elementów zaczerpniętych z CSI: Miami, jest tylko stara, dobra dedukcja i łączenie faktów.

Rozbudowane tło, otwarte zakończenie, a także dopisek "Seria: Garstka z Ustki" każą sądzić, że z Magdą Garstką będziemy mogli spotkać się ponownie. Śledzę Anetę Jadowską na Instagramie i Facebooku (o tu: KLIK i tu: KLIK) i mam nadzieję, że niebawem zdradzi tam więcej szczegółów ;) Póki co wypatrzyłam tylko w jednym z komentarzy, że kolejną książkę o Garstce z Ustki planuje skończyć "do wiosny" :)

Dla kogo jest ta książka?

Wydaje mi się, że jest to pozycja, która najlepiej trafi do kobiet, ale mężczyźni nie mają się czego bać - nie jest to romans ;) Przedział wiekowy idealnego odbiorcy mogłabym nakreślić bardzo szeroko - od 16 do 70 lat! Wszystko za sprawą występujących w książce trzech pokoleń kobiet, których przedstawicielki wnoszą do fabuły cenne doświadczenia życiowe i własny pogląd na otaczającą je rzeczywistość.
Książka nie jest w pełni kryminałem, bo ogromną rolę odgrywają tu tytułowe "inne sekrety rodzinne", ale nie jest też w pełni książką obyczajową, ponieważ jednak wątek zagadkowej śmierci napędza całą akcję i splata wszystkie wątki w jeden. To czyni "Trup na plaży..." bardzo uniwersalną pozycją dla fanów obu gatunków.
 
Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Autor: Aneta Jadowska
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2018 
Liczba stron: 304
Okładka: miękka
Cena okładkowa: 36,90zł

wtorek, 15 stycznia 2019

Herbata biała z tajską cytryną i kwiatem granatu od Big-Active. Seria "Discover the World".

Herbata biała tajska cytryna kwiat granatu big active bigactive big-active

Dawno nie było u mnie żadnej herbaty - a stosik pudełek z herbatami do opisania powiększa się! Stałam się fanką niecodziennych połączeń smakowych, więc ostatnio różne mieszanki ziół i herbat piję wręcz nałogowo. Często nawet rezygnuję z popołudniowej kawy na rzecz herbaty, co kiedyś było dla mnie nie do pomyślenia.

Dziś chciałam pokazać Wam i pokrótce opisać herbatę, którą odkryłam jeszcze w wakacje, ale tak mi smakowała, że to już moje drugie opakowanie. Jest to herbata biała z tajską cytryną i kwiatem granatu - tak się nazywa, chociaż w składzie znajduje się jeszcze skórka pomarańczy, płatki kwiatu słonecznika i płatki kwiatu krokosza barwierskiego.

Skład herbaty:
herbata biała (80,3%), skórka pomarańczy, aromaty, skórka cytryny (2%), płatki kwiatu granatu (2%), płatki kwiatu słonecznika, płatki kwiatu krokosza barwierskiego.

Jest to kompozycja nazwana przez Big-Active "Chiang Mai Flower" i myślę, że miało to być dosłowne nawiązanie do festiwalu kwiatów w Chiang Mai w Tajlandii. Azji jeszcze nie odwiedziłam, ale jestem w stanie uwierzyć, że orzeźwiający smak tej białej herbaty rzeczywiście pasuje do klimatu trzydniowego festiwalu (który rozpoczyna się w pierwszy weekend lutego, więc już niebawem). Kilka słów o tym festiwalu znajdziecie np. tu: KLIK (krótki tekst po polsku), albo tu: KLIK (relacja Polki, która uczestniczyła w festiwalu w 2014 roku).

Herbata biała tajska cytryna kwiat granatu big active bigactive big-active

Po zalaniu torebki wodą kolor mieszanki uwalnia się powoli, nie zmienia się znacznie, w zasadzie tylko przybiera na intensywności. Po zaparzeniu herbata nadal jest jasna i przejrzysta - dlatego też ta odmiana nosi nazwę herbaty białej. Zdjęcie poniżej przedstawia kolor finalny, kiedy napar jest już gotowy do picia.

Herbata biała tajska cytryna kwiat granatu big active bigactive big-active

Smak herbaty:
cytrusowy, orzeźwiający, delikatny, ale niejednolity. Pasuje do lekkich dań, sałatek, wydaje mi się, że współgrałaby również z sushi. Przywodzi na myśl Azję i orientalne kompozycje smakowe. Trafia stuprocentowo w mój gust. 

Gdybym miała w tym momencie wskazać swoją ulubioną herbatę, to byłaby właśnie ta. Polecam ją osobom, które lubią herbaty białe, zielone i czerwone oraz lekkie cytrusowe nuty. W swojej szafce z herbatami mam już kolejne dwie herbaty z serii "Discover the World" od Big-Active: jaśminową i brzoskwiniową z kwiatem pomarańczy. Oczywiście są to herbaty ekspresowe, ale zachęcają do szukania podobnych kompozycji w tradycyjnej formie (liściastej), co też na pewno uczynię :)

Herbata biała tajska cytryna kwiat granatu big active bigactive big-active

Herbatę można znaleźć w większych supermarketach oraz w internecie. Ja na szybko odnalazłam ją np. tu: KLIK w cenie 5,29zł za opakowanie 20 torebek.

niedziela, 30 grudnia 2018

Książka i audiobook "Nie tłumacz się, działaj! Odkryj moc samodyscypliny" / "No Excuses!: The Power of Self-Discipline" - Brian Tracy

Książka i audiobook "Nie tłumacz się, działaj! Odkryj moc samodyscypliny" / "No Excuses!: The Power of Self-Discipline" - Brian Tracy - recenzja

Dziś u mnie recenzja książki mówcy motywacyjnego - Briana Tracy. Jest to osoba, której nie trzeba przedstawiać nikomu, kto interesuje się samorozwojem, a zna go również mnóstwo osób niezwiązanych z zagadnieniem motywacji. Już kiedyś pisałam Wam o krytyce dzieł motywacyjnych (KLIK), ale teraz spróbuję podejść do tematu bez żadnych uprzedzeń.

Brian Tracy jest chyba najwybitniejszym mówcą motywacyjnym. Pochodzi z Kanady, ale działa na arenie międzynarodowej, wykładając nie tylko w Ameryce, ale i w Europie czy Azji. Napisał mnóstwo książek dotyczących samorozwoju, dyscypliny i motywacji, prowadzi szkolenia z różnych zakresów. Z jego działalnością możecie zapoznać się na stronie www.briantracy.com, na której do pobrania jest sporo darmowych szkoleń.

Książek Tracy’ego nie czytałam w formie papierowej - odnalazłam anglojęzyczne audiobooki na storytel.pl. Są one czytane przez samego autora, co według mnie jest naprawdę świetnym pomysłem. Język jest jednak stosunkowo prosty i zrozumiały - myślę, że osoby na poziomie B2 bez trudu zrozumieją treść książek. Zachęcam Was też do zapoznania się z ofertą Storytel - pierwsze dwa tygodnie nie kosztują nic, a pozwalają na sprawdzenie czy taka forma „czytania” książek zda u Was egzamin. Ja lubię słuchać audiobooków prowadząc samochód, sprzątając w domu, czy nawet chodząc po sklepach ;) Oferta Storytel wciąż się powiększa, a już teraz znajdziecie tam książki w różnych językach - łącznie z wieloma nowościami wydawniczymi, czytanymi przez znanych aktorów. Po dwóch darmowych tygodniach za każdy kolejny miesiąc trzeba płacić 29,90zł, co wydaje się być bardzo rozsądną ceną, biorąc pod uwagę obecne ceny książek papierowych i ebooków. Ale wpis miał dotyczyć książki Tracy’ego, więc do rzeczy!

Wiecie, że nie jestem fanką coachingu i mówców motywacyjnych... Wielu współczesnych mówców zaczynało swoją przygodę właśnie od czytania książek Tracy’ego. To może dawać pewien ogląd na twórczość tego autora. Ja uznaję go za jednego z pionierów mów motywacyjnych. Sama pierwszy raz zetknęłam się z tym zagadnieniem po usłyszeniu fragmentu audiobooka „Eat that frog” jakieś 10 lat temu. Pamiętam, że wzbudził u mnie raczej śmiech niż poczucie wszechogarniającej inspiracji ;) (audiobook "Zjedz tę żabę" po polsku: KLIK).

Czy znalazłam coś odkrywczego i inspirującego w „The Power of Self-Discipline„? Autor dużą wagę przykłada do konkretyzacji celów i długoterminowych planów. Nie wydaje mi się, żeby mówił rzeczy bardzo innowacyjne, raczej ubiera w słowa to, z czego wszyscy zdają sobie sprawę. Podkreśla rolę konsekwentnego działania, nawet takiego, które natychmiastowo daje niewielkie efekty. Ciężka praca jest według niego warta więcej niż talent, liczy się także podtrzymywanie efektów (Tracy prezentował to na podstawie efektów ćwiczeń fizycznych - aby utrzymać dobrą formę nie można zaprzestać ćwiczenia po uzyskaniu np. docelowej wagi). Ważny jest też zestaw zasad moralnych, którymi każdy z nas się kieruje - historie, które czytamy i którymi się otaczamy wpływają na nasze długofalowe działania. Tak, jak młodym żołnierzom warto przytaczać opowieści o słynnych dowódcach czy strategach, tak biznesmenów dobrze zaznajamiać z losami finansowych gigantów. Liczy się budowanie własnego charakteru, a dobre inspiracje poparte konkretnymi wynikami są w tym procesie jak najbardziej wskazane.
Tracy wielokrotnie zachęca czytelników do zastanawiania się nad sobą, wyobrażania sobie swoich celów i marzeń (potęga wizualizacji - pewnie nie kojarzy się Wam to zbyt dobrze ;), a następnie weryfikację własnego postępowania i odpowiedzi na pytanie, czy aktualne zachowanie rzeczywiście prowadzi do osiągnięcia oczekiwanych efektów. Na swoim przykładzie Tracy pokazuje, jak można zmienić własne życie - wziąć odpowiedzialność za swoje działania lub ich brak. Sam Tracy nie zawsze był odnoszącym sukcesy, popularnym autorem. Przez jakiś czas po skończeniu liceum pracował fizycznie za minimalną pensję, mieszkał w bardzo kiepskich warunkach, nie miał zdanej matury. Aż pewnego dnia doszedł do wniosku, że przecież jego życie nie jest żadną „próbą” przed czymś większym - ono już się toczy, a czas ucieka.

W książce "Nie tłumacz się, działaj!..." jednym z kilku cytatów, które do mnie przemówiły jest ten: w życiu pracujecie po to, aby osiągnąć własny cel, albo pracujecie, realizując cele innych ludzi. Oczywiście cytat przemówił do mnie nie na tyle mocno, żebym z miejsca zaczęła zmieniać swoje życie, ale te słowa dały mi do myślenia z racji faktu, że od ponad roku coraz intensywniej przygotowuję się do założenia własnej firmy. Innym cytatem zapadającym w pamięć są słowa o prokrastynacji - jest ona nie tylko złodziejem czasu, ale i złodziejem życia. Nie da się z tym nie zgodzić.

Kto z Was co roku robi postanowienia noworoczne? Myślicie o nich czy je spisujecie? Jeśli zależy Wam na ich spełnieniu, Wasza szansa wzrośnie dziesięciokrotnie, jeśli spiszecie je na papierze. To samo tyczy się każdego z Waszych marzeń. 
Przy spisywaniu liczy się także konkretyzacja postanowień i narzucanie ograniczeń czasowych - duży cel można podzielić na kilka małych, które są możliwe do określenia w czasie. Wskazane jest iść nawet o krok dalej - warto zastanowić się nad wszystkimi możliwymi przeszkodami, posiadanymi zasobami, działaniami, które trzeba podjąć. Na przykładzie celu, który ja staram się zrealizować ostatnimi czasy mogłoby to wyglądać tak... Chcę schudnąć. W moim przypadku jest to 20kg. Nie postawię tak ogólnego celu, bo nic nie będzie mnie motywowało, kiedy sukces będzie wizją tak odległą. Mogę dzielić planowane kilogramy na miesiące (1-2kg miesięcznie, 0,5kg na tydzień byłoby super rezultatem), mogę też mierzyć swoje postępy centymetrami lub ubraniami, w które znów się mieszczę. Pora na rozpisanie planu - ile razy w tygodniu ćwiczyć, jakie ćwiczenia wykonywać? Czego mi potrzeba do tych ćwiczeń? Czy mam potrzebne ubrania, karnet na siłownię, czy wiem, jak ćwiczyć? Kiedy mogę znaleźć czas na ćwiczenia? Nakreślenie tak konkretnego planu pomoże zabrać się do działania. Oglądanie historii osób, które schudły dodatkowo będzie inspirować, oglądanie profesjonalnych sportowców na pewno wpłynie pozytywnie na jakość wykonywanych ćwiczeń.
Wydawałoby się, że oglądanie filmów na YouTube jest kompletnie nieważne i to strata czasu, ale otaczanie się określoną tematyką wywiera znaczący wpływ na myślenie. Niestety w taki sposób łatwo popaść w obsesję, która spowoduje, że płomień szybko rozgorzeje, ale przy okazji spali wszystko dookoła, albo po prostu wyczerpie wszystkie Wasze zasoby. Takie nastawienie na cel może też doprowadzić do nieustannego poczucia wyrzutów sumienia i obarczania się winą za brak samozaparcia skutkującego spektakularnymi efektami. Dlatego ja nie poddawałabym się ślepo zaleceniom Tracy’ego, chociaż sporo jego rad jest wartych wcielenia w życie. Ja gorąco zachęcam do np. spisywania planów i robienia list. Tracy w tej książce poświęca kilka rozdziałów aktywności fizycznej i zdrowiu - moim zdaniem ogólne założenia są oczywiście dobre, ale niekiedy poparte trochę archaicznymi argumentami i nieodpowiadające współczesnej wiedzy.

Dwie książki Tracy'ego, które do tej pory przeczytałam były przeznaczone głównie dla "handlowców". W każdej z nich wielokrotnie powtarzało się zdanie "If you want to increase your sales and make more money..." - co sprawia, że treść trochę traci na uniwersalności, bo przecież nie każdy jest sprzedawcą. Jeśli wasz zawód (aktualny lub wymarzony) polega na sprzedaży produktów, to wydaje mi się, że lektura tej książki będzie dla Was cennym doświadczeniem. Znajdziecie w niej wiele interesujących rad, które rzeczywiście przekładają się na uzyskiwanie lepszych efektów. Ale ostrzegam - niektóre fragmenty są przepisem na prostą drogę do pracoholizmu - przychodź do pracy godzinę wcześniej, wychodź godzinę później, nie chodź na lunch, nie rozmawiaj ze współpracownikami w trakcie pracy (wow!). Czy to brzmi według Was jak dobre rady? Jak w tym wszystkim można dbać o swoją psychikę? Znam jedną osobę która wcieliła takie rady w życie i rzeczywiście odniosła sukces, ale poniosła spore koszty w sferze osobistej. Do tego doszło ciągłe dbanie o pozory - garnitury z najwyższej półki, chwalenie się pieniędzmi, wstydzenie się własnej rodziny. Sami możecie zgadnąć, jak wpłynęło to na relacje z bliskimi. Kult pieniądza stał się główną osią życia tej osoby i finalnie to właśnie pieniądze były jedynym, co tej osobie zostało. Oczywiście koszty wystawnego życia są ogromne, więc nawet stosunkowo wysokie zarobki to ciągle za mało, bo po odjęciu wydatków z pensji nie zostaje prawie nic. Chciałam tylko powiedzieć, że rady Tracy'ego zrobiły z mojego znajomego cyborga-pracoholika.

Potęga tytułowej samodyscypliny polega na nieuleganiu pokusom, wtedy żadne wymówki nie będą potrzebne. Branie odpowiedzialności za własne działania jest kluczem do zdania sobie sprawy z tego, ile każdy z nas może zrobić. Dbanie o samorozwój nigdy nie będzie stratą czasu i pieniędzy. To w skrócie dla mnie najważniejsze myśli, które można wyciągnąć z książki "Nie tłumacz się, działaj! Odkryj moc samodyscypliny" .

Dla kogo jest ta książka?

Dla handlowców, dla CEO, dla studentów marketingu, zarządzania, finansów i innych pokrewnych kierunków, dla osób chcących założyć własne firmy, dla specjalistów od HR. Sporo rad jest uniwersalnych i może przydać się każdemu, kto chce lepiej zorganizować swój czas i osiągnąć wymarzone cele (finansowe, osobiste, naukowe...).

PS. Głos i intonacja polskiego lektora czytającego książkę Tracy'ego jest dla mnie nie do zniesienia. Po angielsku książkę czyta sam autor i o wiele przyjemniej się go słucha, chociaż jego głos jest momentami bardzo usypiający

Link do wydania z roku 2015, dostępnego tanio na stronie PWN: KLIK (23,94zł)
Link do książki w księgarni Bonito: KLIK (32,44zł)
Link do audiobooka w księgarni Bonito: KLIK (25,94zł)
Link do polskiej wersji na storytel: KLIK
Link do angielskiej wersji na storytel: KLIK

Tytuł: Nie tłumacz się, działaj! Odkryj moc samodyscypliny / No Excuses!: The Power of Self-Discipline
Autor: Brian Tracy
Wydawnictwo: Helion
Rok wydania: 2017 
Liczba stron: 248
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 49,90zł (audiobook 39,90zł)

niedziela, 9 grudnia 2018

Czy kiedyś będę "fit"? Część 2: Wasze pytania i moje odpowiedzi na temat rozpoczęcia ćwiczeń.

źródło: https://www.pexels.com
Po każdej mojej relacji na Instagramie, która dotyczyła ćwiczeń, siłowni, odchudzania lub zdrowego żywienia dostawałam od różnych dziewczyn pytania - żaden inny temat nigdy nie wzbudził takiej aktywności ze strony moich Obserwatorek, więc postanowiłam zamieścić te pytania tutaj i odpowiedzieć na nie publicznie :) Część pytań nieco przeformułowałam, część rozbiłam na kilka krótszych, ale wydaje mi się, że osoby, które je zadały rozpoznają swoje pytania :)
1. Mam nadwagę i boję się, że wszyscy na siłowni będą się na mnie gapić i komentować mój wygląd - czy mogę się jakoś na to przygotować psychicznie lub uodpornić?
Przygotowanie psychiczne i uodparnianie się na opinię innych to kwestia bardzo indywidualna i trudna. Nie zadziała to na zasadzie realizacji postanowienia "od dziś się nie przejmuję". Najlepsza rada, jaką mogę zaoferować, to po prostu pójść na siłownię ten pierwszy raz i zweryfikować, czy ten tok myślenia na pewno jest uzasadniony. Z własnego doświadczenia (osoby z nadwagą, która rozpoczyna ćwiczenia) mogę powiedzieć, że na siłowni raczej każdy zajmuje się sobą i nie zwraca uwagi na otoczenie. Co więcej! Spotkałam się z sytuacją, kiedy negatywnie komentowane było zachowanie osób "fit", które na siłownię przychodziły tylko w celu robienia sobie zdjęć na Instagram. Do ćwiczących "plus size" nikt nigdy nie miał żadnych uwag czy złośliwych komentarzy, takie osoby raczej budzą podziw i motywują innych do działania.
2. Jak się ubrać? Nie mam profesjonalnego stroju do ćwiczeń i nie chcę wyglądać głupio.
Ubierzcie się tak, jak jest Wam wygodnie, ale strój dobierzcie do ćwiczeń, które chcecie wykonywać. Jeśli zamierzacie zrobić trening funkcjonalny, to miejcie na uwadze to, że trzeba będzie się np. schylać, a zsuwające się spodnie mogą ćwiczenia utrudnić lub po prostu je zepsuć, jeśli co chwilę będzie trzeba podciągać dresy i majtki. 
Może moja rada brzmi zbyt banalnie, ale uwierzcie mi, że jest naprawdę adekwatna. Na początek jakichkolwiek ćwiczeń zawsze dobrym rozwiązaniem będą legginsy z wysokim stanem i luźniejsza, dłuższa koszulka. Legginsy mogą być tego typu: KLIK (link do legginsów "shaping waist" z HM - rozmiarówka od XS do XL). Jeśli nie lubicie legginsów, to równie dobrze mogą być zwykłe spodnie dresowe, ale pamiętajcie o tym, żeby dało się w nich swobodnie wykonywać ćwiczenia.
3. A buty?
Przede wszystkim - na płaskiej podeszwie, jeśli chodzi o siłownię. Podeszwy muszą też być czyste, najlepiej, żeby były to buty wyłącznie do użytku wewnątrz pomieszczeń. I oczywiście znowu liczy się wygoda. Pamiętajcie, że buty mają duże znaczenie przy prawidłowym wykonywaniu ćwiczeń, w których wymagana jest jakiegoś rodzaju stabilizacja lub równowaga, dlatego też zadarte noski, mocno żłobiona podeszwa lub popularne kiedyś buty Reebok EasyTone nie będą zbyt dobrym pomysłem. Mówię tu wyłącznie o siłowni, buty chociażby do aerobiku to zupełnie inna sprawa (tam ważna jest stabilizacja kostki).
4. Co z dietą w trakcie ćwiczeń?
Wszystko zależy od tego, jaki cel sobie stawiacie, ale dieta to sprawa tak ważna dla organizmu, że naprawdę warto się skonsultować z profesjonalistą. Za mało kalorii i złe zbilansowanie diety może skutkować np. omdleniami w trakcie wysiłku fizycznego, a nie jest to coś przyjemnego. Dlatego polecam zrobić podstawowe badania krwi i udać się z nimi do dietetyka, chociaż na jedną wizytę, w trakcie której dostaniecie ogólne wytyczne. W trakcie wizyty koniecznie powiedzcie, że zamierzacie rozpocząć intensywny wysiłek fizyczny! 
5. Nigdy nie byłam na siłowni, co robić, kiedy pójdę tam pierwszy raz?
Na większości siłowni cały czas przebywają profesjonalni trenerzy, których zawsze można zapytać o radę. Mimo tego ja naprawdę gorąco polecam umówić się chociaż na kilka treningów z trenerem personalnym, który pozna Wasze możliwości i rozpisze plan treningowy dopasowany do Waszych uwarunkowań i tego, co chcecie osiągnąć. Nie musicie od razu kupować pakietów 10 czy 20 spotkań, jeśli nie jesteście zdecydowani, to umówcie się na jeden trening i po nim podejmiecie decyzję.
Jeśli jednak nie pasują Wam ćwiczenia z trenerem, to zacznijcie od prostych ćwiczeń cardio, typu bieżnia, orbitrek, rowerek. Tu raczej nic nie może pójść źle, a zawsze będzie to krok w kierunku rozruszania się. Takie ćwiczenia są szczególnie dobre, jeśli pogoda uniemożliwia Wam spacery! Po wysiłku fizycznym delikatnie porozciągajcie się chwilę na materacu lub karimacie. To bardzo prosty start, a potem może najdzie Was ochota na więcej :) Z pomocą zawsze może przyjść też YouTube i takie wyniki wyszukiwania: KLIK.
6. Nie chcę być przesadnie umięśniona, czy w takim razie ćwiczenia na siłowni na pewną będą dla mnie odpowiednie?
Zanim nabierzecie mięśni kulturysty minie naprawdę dużo czasu ;) Ćwiczenia siłowe z lekkim i umiarkowanym obciążeniem nie zrobią z Was Pudzianowskiego w ciągu miesiąca (a pewnie nawet i w ciągu 20 lat). Spokojnie :) Same ćwiczenia cardio rzeczywiście pomogą Wam schudnąć, ale to odpowiednie ćwiczenia siłowe ukształtują mięśnie, ujędrnią ciało i pozwolą skoncentrować się na konkretnych jego partiach. Ja po miesiącu widzę spore efekty i mogę Wam szczerze polecić trening wykorzystujący elementy cardio i siłowe.
7. Czy można się malować na siłownię?
Można, ale czy trzeba? Są osoby, które ćwiczą w pełnym makijażu - przychodzą np. po pracy, albo robią go specjalnie na siłownię ;) Z doświadczenia wiem, że im lżejszy makijaż w trakcie ćwiczeń, tym jest wygodniej, także polecam ograniczyć liczbę użytych kosmetyków kolorowych do niezbędnego minimum. Może wystarczy tylko korektor lub podkład? A może sam tusz do rzęs (wodoodporny!)? To zależy, ale naprawdę - im mniej, tym lepiej. To samo tyczy się perfum ;) 
8. Przydają się jakieś dodatkowe sprzęty?
Nie są konieczne, ale mogę polecić kilka rzeczy, które na pewno będą jakimś udogodnieniem. Dowolna "fit-opaska", która zmierzy tętno (warto znać swoje maksimum i optimum), jest całkiem przydatna. Do tego słuchawki bezprzewodowe, które ułatwią słuchanie muzyki z telefonu  bez zaplątywania się w kable (niekoniecznie musi odpowiadać Wam muzyka z głośników na siłowni ;) - oczywiście nie musicie ograniczać się do muzyki - możecie słuchać e-booków lub nawet oglądać ulubiony serial jadąc na rowerku. Obojętnie, ale skupcie się na odpowiednim wykonywaniu ćwiczeń :) Jeśli zamierzacie ćwiczyć z wykorzystaniem sprzętów, to na pewno dobrze będzie zaopatrzyć się też w rękawiczki (w siłowni naprawdę łatwo o odciski). Na stronie swojej siłowni przeczytajcie, czy przypadkiem nie są wymagane również kłódki do zamykania szafek. Wiele siłowni ma właśnie taki sposób na bezpieczeństwo Waszego dobytku w szatni - szafki wyposażone są w zamki, do których każdy musi posiadać własną kłódkę (kłódki można też wypożyczać, ale wiąże się to z każdorazową opłatą).
A, i na koniec jeszcze dwie rzeczy obowiązkowe na każdym treningu - ręcznik i butelka wody!
9. Jak często i jak długo trzeba chodzić na siłownię, żeby dało to jakieś widoczne efekty?
Częstotliwość dwa lub trzy razy w tygodniu będzie Ok. Do tego przydaje się też jakiś ruch pomiędzy wizytami na siłowni - spacer, może jakieś ćwiczenia w domu? A jak długo... Klasyczna odpowiedź: to zależy ;) Zależy od tak wielu czynników, że nawet nie sposób je tutaj wszystkie wymienić (np. jaka jest Wasza sprawność, ile ważycie, ile chcecie zrzucić, jak wyglądała Wasza aktywność do tej pory, jaką macie kondycję, jak wygląda Wasz metabolizm...). Tak zupełnie uśredniając możecie liczyć na zgubienie 1-3kg miesięcznie przy odpowiedniej diecie. Nie zapominajcie, że traceniu tkanki tłuszczowej towarzyszy rozrost mięśni, a one są cięższe niż tłuszcz - dlatego poza ważeniem się polecam również dokonywanie pomiarów (np. co tydzień przed śniadaniem).

Póki co zebrałam tyle pytań, jeśli coś jeszcze przychodzi Wam do głowy to śmiało piszcie :)

wtorek, 20 listopada 2018

Czy kiedyś będę "fit"? Część 1: moja obecna sytuacja i kilka rad od osoby początkującej dla innych początkujących.

jak zacząć na siłowni, trener personalny, trening personalny, odchudzanie, trening siłowy dla kobiet
źródło: https://www.pexels.com/

Kto kiedyś próbował rozpocząć systematyczne ćwiczenia ręka do góry! Nieważne, czy jako cel postawiliście sobie utratę wagi, poprawę kondycji czy może po prostu utrzymanie jako takiej formy. Jestem przekonana, że większość z nas w myślach wypowiadała zadanie: "od jutra zaczynam ćwiczyć" (lub słynne: "od jutra się odchudzam";). Ilu procentom udało się wytrwać w postanowieniu? Niestety wydaje mi się, że niewielu. 

Wynika to z różnych powodów:
  • nie widać natychmiastowych efektów - potrzebny jest czas, systematyczność i wytrwałość, żeby osiągnąć widoczną zmianę. Nikomu nie znikną boczki po dwóch sesjach ćwiczeń z Ewą Chodakowską czy Mel B.
  • chodzenie do klubów fitness jest czasochłonne - trzeba się zebrać, przygotować strój, dojechać... Oczywiście najtrudniej jest to zrobić zimą.
  • z kolei w domu nie zawsze znajdzie się odpowiednie miejsce na ćwiczenia, ciężej też o motywację, kiedy zamiast ćwiczeń można wygodnie usiąść na kanapie i obejrzeć ciekawy serial.
  • koszty karnetów na siłownię lub zajęcia fitness są znaczne, jeśli nie jest się studentem lub nie ma się z pracy karty typu Multisport. W większości klubów karnet z nielimitowanymi wejściami to wydatek ponad 150zł miesięcznie.
  • pojawiają się obawy: a co, jeśli wszyscy będą doskonale znać układ na zajęciach aerobiku lub zumby, a tylko ja wykonam każde ćwiczenie wolniej lub w innym kierunku?
  • albo jeszcze gorzej: może w klubie fitness będą tylko osoby, które są bardzo wysportowane i każdy będzie zwracał uwagę na moje zbędne kilogramy lub zadyszkę po 5 minutach na bieżni?
  • ale przede wszystkim: najtrudniej jest się po prostu przełamać i zacząć

Trafiłam w któryś z Waszych powodów? Od razu przyznam się, że ja przerobiłam (i prawdopodobnie nadal będę przerabiać) wszystkie z wymienionych. To, że zobowiązałam się ćwiczyć nie znaczy, że nagle stałam się fitmaniaczką jedzącą tylko jarmuż i zaczynającą dzień od dziesięciokilometrowego biegu. Naprawdę bardzo mi do tego daleko ;) Ale spadek mojej formy jest już dla mnie na tyle problematyczny i odczuwalny, że po prostu musiałam "wziąć się za siebie". Nie lubię tego typu zwrotów prawie tak mocno, jak fitnessowego coachingu - i od razu uprzedzam, że na pewno nie zamierzam nikogo w taki sposób przekonywać do regularnych ćwiczeń.

Opowiem trochę o mojej sytuacji, żeby przybliżyć Wam okoliczności, z którymi wchodzę na siłownię :)

Od zawsze coś ćwiczyłam. Zaczynałam od gimnastyki w szkole podstawowej - mostki, szpagaty, "gwiazdy" - robiłam wszystko bez problemu. Później przez długi czas byłam w reprezentacji szkoły w unihokeja, jeździłam konno 8 lat, grałam w tenisa przez 5 lat, w liceum przez 3 lata reprezentowałam szkołę w koszykówkę, 2 lata trenowałam capoeirę, od podstawówki prawie co sezon jeździłam na nartach lub snowboardzie. Na studiach pozostały mi już tylko sporty zimowe przeplatane aerobikiem, pilatesem i jogą w okresach bezśnieżnych ;) I  w zasadzie od początku studiów ruchu było coraz mniej i mniej. Potem przyszły problemy z tarczycą, co spowodowało gigantyczne wahania mojej wagi. Waga szła nie tylko w górę - na samym początku schudłam ponad 10kg, potem była to prawdziwa huśtawka z nieco mniejszą amplitudą. Po wycięciu tarczycy 3 lata temu skoków wagi już nie było - po prostu systematycznie tyłam :) Ale nie była to wyłącznie wina problemów hormonalnych. Główny udział w mojej masie mam ja sama i mój ekstremalnie siedzący tryb życia.
I tak oto znalazłam się w tym miejscu, w którym jestem obecnie - w tak złej formie, jakiej nigdy w życiu nie miałam. Wiem, że muszę to zmienić, a ten post jest moim publicznym zobowiązaniem :)

jak zacząć na siłowni, trener personalny, trening personalny, odchudzanie, trening siłowy dla kobiet
źródło: https://www.pexels.com/

Na sam początek mam kilka wskazówek dla osób, które w ogóle rozważają rozpoczęcie ćwiczeń - nieważne czy samodzielnych, czy grupowych, czy może z trenerem personalnym.

Na samym początku:
  • jeśli decydujecie się ćwiczyć - nie skaczcie od razu na głęboką wodę. Nawet najpopularniejszy w Polsce trening (słynny "Skalpel" Ewy Chodakowskiej) nie jest dla każdego. To samo tyczy się np. biegania, które może przynieść Wam sporo kontuzji (szczególnie jeśli borykacie się z wieloma nadprogramowymi kilogramami).
  • skonsultujcie najpierw ze swoim lekarzem, czy nie ma żadnych przeciwwskazań do rozpoczęcia przez Was intensywnego wysiłku. Może się okazać, że np. jakieś wady postawy uniemożliwią Wam wykonywanie określonych  ćwiczeń, albo jakiś ruch będzie dla Was niewskazany. Przyda się też zrobienie podstawowych analiz krwi, żeby upewnić się, że Wasz organizm może podjąć wzmożony wysiłek.
  • nie zaczynajcie odchudzania od wymyślnych lub radykalnych diet, bo trudność i czasochłonność przygotowywania niektórych potraw może Was szybko zniechęcić. Podobnie sprawa się ma z głodówkami lub zdrowym, ale monotonnym jadłospisem. Wiele cudownych diet znika równie szybko, jak się pojawiło - głównie z powodu tego, że po jakimś czasie wychodzą ich efekty uboczne, co da się miarodajnie sprawdzić dopiero na większej próbie (dieta Atkinsa czy dieta Dukana są nadal popularne, chociaż opublikowano wiele badań na temat ich negatywnego wpływu na zdrowie).
  • jeśli chcecie ćwiczyć w domu, to mimo wszystko proponowałabym Wam zasięgnąć opinii trenera (a może kogoś znajomego z branży fitness?) w kwestii tego, czy prawidłowo wykonujecie ćwiczenia. Niby każdy ruch jest lepszy niż żaden, ale jeśli będziecie powtarzać wiele razy jakieś ćwiczenie nieprawidłowo, to możecie wcale nie osiągnąć oczekiwanych rezultatów, a do tego nabawicie się kontuzji. Pierwszy przykład, który od razu przychodzi mi do głowy: nieprawidłowe wykonywanie "brzuszków" - kiedy chwytacie rękami za tył głowy i ćwicząc odrywacie od podłoża sam kark lub przy każdym powtórzeniu ciągniecie głowę, przyciągając brodę do klatki piersiowej. Mięśnie brzucha nie pracują, za to nadwyrężacie szyję - nie uzyskacie efektu w postaci smuklejszego brzucha, tylko nabawicie się kontuzji w szyi lub karku. Jest o wiele więcej ćwiczeń, które wykonywane źle mogą Was naprawdę skrzywdzić (chociażby zwykłe przysiady czy pompki).
  • jeśli chcecie ćwiczyć z trenerem personalnym, to poświęćcie dużo czasu na zapoznanie się z ofertą trenerów w Waszej okolicy. Zróbcie naprawdę dobre rozeznanie i wybierzcie osobę, która w jakiś sposób do Was "przemówi". Treningi z kimś, z kim źle będzie się Wam spędzało czas mogą Was zniechęcić do uprawiania sportu.
  • nie liczcie na stały spadek wagi - waga może szaleć, kiedy Wasz organizm będzie przystosowywał się do wysiłku fizycznego czy diety.
  • jeśli nie możecie się zdecydować na jakieś konkretne zajęcia w klubie fitness lub rozpoczęcie programu ćwiczeń w domu, to po prostu zacznijcie od systematycznych, długich spacerów w szybkim tempie :) Taki wysiłek zacznie pozytywnie wpływać na Waszą kondycję i pozwoli Wam ocenić swoje możliwości.

Będziecie śledzić moje postępy? A może macie jakieś pytania? Śmiało piszcie w komentarzach lub wiadomościach prywatnych!

poniedziałek, 19 listopada 2018

"Rośliny oczyszczające powietrze. Zielone filtry antysmogowe" - Ariene Boixiere-Asseray, Genevieve Chaudet - recenzja

"Rośliny oczyszczające powietrze. Zielone filtry antysmogowe" - Ariene Boixiere-Asseray, Genevieve Chaudet - recenzja

Może słowo "recenzja", to przesada - powiedzmy, że post będzie minirecenzją. Dlaczego? Ponieważ książka jest w formacie mini. Kolejny raz popełniłam błąd i przed zamówieniem czegoś z internetu nie zerknęłam na rozmiar. "Rośliny oczyszczające powietrze" mają tylko 80 stron o wymiarach 16cm na 21cm. Poważnie - byłam w szoku, że ta książka jest taka cienka...

Wielu mieszkańców dużych miast, w tym i ja, w sezonie grzewczym doświadcza smogu. Przed jego wpływem staram się przed bronić naturalnymi sposobami, a domowy oczyszczacz powietrza zasilany prądem będzie dla mnie ostatecznością. Wprowadzam dużo zieleni do swojego domu i liczyłam, że "Rośliny oczyszczające powietrze" będą ciekawym poradnikiem dla współczesnego hodowcy roślin doniczkowych. Myślałam, że będzie to książka ładnie zilustrowana i bogata w wiedzę. Rzeczywiście do ilustracji nie można się przyczepić - w książce są bardzo ładne zdjęcia (dużo z nich pochodzi ze stocka...). Niestety ta druga część kuleje - treści jest po prostu mało.

Czy warto wydać 32,90zł na książkę tego typu? Może byłoby warto, gdyby 80 stron dostarczyło naprawdę porządnej wiedzy. 
Książka jest podzielona na trzy części - opis zanieczyszczeń powietrza w budynkach, sposoby na poprawienie jakości powietrza, opis roślin. Na końcu znajduje się jeszcze tabelka podsumowująca właściwości każdej z roślin (i tu w zasadzie kumuluje się główna wartość merytoryczna książki).
Autorki zdecydowały się na opisanie w książce 20 oczyszczających powietrze roślin, które można hodować w warunkach domowych. Każdej z roślin poświęcono dwie strony - na jednej znajduje się krótki tekst (zasady pielęgnacji danej rośliny, jej podatność na choroby, miejsca, w których roślina sprawdzi się najlepiej), a druga strona to po prostu zdjęcie (i czasem porada składająca się z kilkudziesięciu słów).

"Rośliny oczyszczające powietrze. Zielone filtry antysmogowe" - Ariene Boixiere-Asseray, Genevieve Chaudet - recenzja

Dla kogo jest ta książka?

Naprawdę nie wiem. Zabrzmi to trochę złośliwie, ale wydaje mi się, że jedynymi odbiorcami, którzy naprawdę skorzystają na lekturze, będą osoby niekorzystające z internetu. Czyli najprawdopodobniej dosyć wiekowi hodowcy roślin doniczkowych. Gdyby chociaż okładka była wybitnie ładna, to można by było uznać tę książkę za ozdobę domowej biblioteczki lub ładny i średnio praktyczny prezent. 

Nie zachęcam Was do zakupu, ponieważ ja mam poczucie zmarnowanych 22zł (cena okładkowa to 32,90zł!). Przykro mi to pisać, bo nie mam w zwyczaju takiego kompletnego krytykowania książek, ale naprawdę się zawiodłam. Moim zdaniem jest to wykorzystywanie popularnego tematu, czyli zjawiska, którego boi się obecnie bardzo dużo osób - smogu. Wiadomo, że wszyscy chcemy mieć w domach czyste powietrze, a tytuł książki jest w tym kontekście bardzo chwytliwy. Nie mogłam się doczekać, aż wezmę książkę w swoje ręce i przeczytam od deski do deski, ale kiedy ją zobaczyłam i przekartkowałam od razu poczułam ogromny zawód. Nawet, gdybym chciała ją komuś oddać, to po prostu nie wiem komu. 

Skwituję tę książkę jednym zdaniem, które powiedział mój znajomy: "a nie mogłaś sprawdzić w internecie, jakie rośliny oczyszczają powietrze?".

Tytuł: Rośliny oczyszczające powietrze
Autor: Ariene Boixiere-Asseray, Genevieve Chaudet
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2018 
Liczba stron: 80
Okładka: miękka
Cena okładkowa: 32,90zł

czwartek, 15 listopada 2018

Dermena Molecule Regen7 Hydraline - seria dla skóry suchej, odwodnionej, skłonnej do łuszczenia się i podrażnień - recenzja

Dermena Molecule Regen7 Hydraline

Do tej pory Dermena kojarzyła mi się wyłącznie z szamponem przeciw nadmiernemu wypadaniu włosów. Kupiłam go dawno temu i w zasadzie nawet nie pamiętam, jak mi się sprawdził. Nie byłam na bieżąco z ofertą tej marki, więc trochę się zdziwiłam, kiedy okazało się, że Dermena produkuje również kosmetyki do pielęgnacji skóry. Moja cera nadal ma tendencję do przesuszania, więc zdecydowałam się na serię Regen7 Hydraline, która jest przeznaczona dla skóry suchej, odwodnionej, skłonnej do łuszczenia się i podrażnień. Oprócz tej serii, Dermena oferuje również kosmetyki do skóry dojrzałej (Vitaline), skóry naczynkowej i skłonnej do rumienia (Capiline) oraz skóry mieszanej, tłustej, skłonnej do trądziku (Seboline). Produkty są w bardzo rozsądnych cenach, ale składów nie można uznać za naturalne. Jest jeszcze jedna rzecz, która nie pasuje mi w całej serii - zapach. Określiłabym go mianem wyjątkowo "babcinego", z pewnością nie trafia w mój gust. Mimo tych dwóch minusów wydaje mi się, że Hydroline zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę! Po miesiącu stosowania moja skóra jest nawilżona, gładka, bez żadnych niespodzianek. Nie mam problemu z przesuszaniem, podrażnieniami czy reakcjami alergicznymi. Oczywiście do pielęgnacji twarzy nie używam wyłącznie tych czterech kosmetyków, które widzicie na zdjęciu (codziennie stosuję też płyn micelarny, hydrolat, krem pod oczy).

Dermena Molecule Regen7 Hydraline Nawilżający krem ochronny na dzień Dermena Hydraline

Nawilżający krem ochronny na dzień Dermena Hydraline

Uważam, że jest to bardzo przyjemny w użyciu krem na co dzień. W składzie znajduje się m.in. olej z nasion bawełny, panthenol, allantoina, sól morska, witaminy C i E, kwas mlekowy, mocznik i lizyna. Bez problemu stosowałam go pod makijaż, ponieważ krem szybko się wchłania i nie wchodzi w interakcje z podkładem, którego aktualnie używam. Jest wyjątkowo wydajny - minimalna ilość wystarczy do posmarowania całej twarzy. Lubię go stosować po porannym umyciu twarzy i spryskaniu jej hydrolatem, bo wtedy przez długi czas towarzyszy mi uczucie komfortu i nawilżenia. W składzie znajdują się silikony, ale prawdopodobnie to też dzięki nim, krem tak dobrze współgra z kosmetykami kolorowymi.

Skład:
Aqua, Octocrylene, Cyclopentasiloxane, Glycerin, Dicaprylyl Carbonate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Cyclohexasiloxane, C12-15 Alkyl Benzoate, Glyceryl Stearates, Gossypium Herbaceum Seed Oil, 1,2-Hexanediol, Sodium Carrageenan, Maris Sal, Panthenol, Biosaccharide Gum-1, C30-45 Alkyl Cetearyl Dimethicone Crosspolymer, Propylene Glycol, Sodium Pca, Glucose, Urea, Glutamic Acid, Lysine, Glycine, Lactic Acid, Allantoin, Methyl Niacinamide Chloride, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Disodium Edta, Sodium Hydroxide, Parfum, Peg-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Bht.

Plusy nawilżającego kremu ochronnego na dzień Dermena Hydraline:
  • zawiera filtry chroniące przed UVA i UVB (SPF 10) - dodatek filtrów jest zawsze super, chociaż ja, kiedy wychodzę z domu w słoneczny dzień, używam SPF 50
  • nadaje się pod makijaż - nie powoduje nadmiernego przetłuszczania się skóry w strefie T, nie wpływa na warzenie się podkładu, delikatnie napina (bez uczucia ściągnięcia)
  • dobrze się wchłania (po kilku sekundach od nałożenia moje policzki są wręcz matowe)
  • pozwala utrzymać nawilżenie skóry przez kilka godzin
  • jest bardzo wydajny (a jego cena regularna to okolice 19zł za 50ml)

Minusy nawilżającego kremu ochronnego na dzień Dermena Hydraline:
  • zawiera silikony, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, PEG-8, BHT
  • zapach :(

Dermena Molecule Regen7 Hydraline Odżywczy krem natłuszczający na noc Dermena Hydraline

Odżywczy krem natłuszczający na noc Dermena Hydraline

W kremie na noc znajdują się składniki mające za zadanie natłuścić cerę (masło shea, olej sojowy) i rzeczywiście czuć jego cięższą konsystencję. Nie jest to jednak krem mocno natłuszczający, powiedziałabym, że natłuszcza w naprawdę minimalnym stopniu. Moja skóra jest w stanie wchłonąć go praktycznie całkowicie przez noc. Po stopniu zużycia kremu mogę chyba stwierdzić, że jest to mój ulubiony kosmetyk z tej serii (w miesiąc zużyłam ponad 3/4 opakowania). Odpowiada mi ten balans pomiędzy nawilżeniem a natłuszczeniem, chociaż jestem przekonana, że zimą będę skłaniać się ku tłuściejszym formułom. Nie do końca rozumiem faszerowanie silikonami kremu na noc - takie wizualne wygładzenie nie jest według mnie potrzebne nocą.  Tak czy inaczej - z kremu jestem bardzo zadowolona. 

Skład:
Aqua, Glycerin, Isohexadecane, Dicaprylyl Carbonate, Propylheptyl Caprylate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Cyclopentasiloxane, Glyceryl Stearates, Gossypium Herbaceum Seed Oil, 1,2-Hexanediol, Butyrospermum Parkii Butter, Cetyl Alcohol, Isostearyl Isostearate, Potassium Cetyl Phosphate, Cetyl Behenate, Behenic Acid, Sodium Carrageenan, Maris Sal, Propylene Glycol, Sodium Pca, Glucose, Urea, Glutamic Acid, Lysine, Glycine, Lactic Acid, Allantoin, Panthenol, Tocopheryl Acetate Methyl Niacinamide Chloride, C30-45 Alkyl Cetearyl, Dimethicone Crosspolymer, Polyacrylate-13, Polyisobutene, Polysorbate 20, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Xanthan Gum, Disodium Edta, Sodium Hydroxide, Peg-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sorbitan Isostearate, Glycine Soja Oil.

Plusy odżywczego kremu natłuszczającego na noc Dermena Hydraline:
  • dobrze nawilża i umiarkowanie natłuszcza
  • nie zapycha
  • wchłania się przez noc
Minusy odżywczego kremu natłuszczającego na noc Dermena Hydraline:
  • silikony (moim zdaniem niepotrzebne w produkcie na noc), Disodium EDTA, Phenoxyethanol, PEG-8, BHT
  • zapach
  • na okresy mocnego przesuszenia wydaje mi się niewystarczający - zimą będę używać czegoś mocniej natłuszczającego
  • u mnie krem nie był zbyt wydajny, ale chyba naprawdę mocno go eksploatowałam (cena regularna to ok. 20zł za 50ml)

Dermena Molecule Regen7 Hydraline Nawilżające mleczko do demakijażu Dermena Hydraline

Nawilżające mleczko do demakijażu Dermena Hydraline

Czy ktoś oprócz mnie używa jeszcze mleczek do demakijażu? ;) Ja czasem rezygnuję z olejków własnie na rzecz mleczek, chociaż muszę przyznać, że zdarza się do dosyć rzadko. Bywa, że olejki ściągają moją skórę, a takie uczucie na pewno nie pojawia się po użyciu mleczka. Demakijaż mleczkiem jest dla mnie chyba najdelikatniejszy i dlatego co jakiś czas do niego wracam. Po mleczku zawsze używam jeszcze płynu micelarnego i hydrolatu. Jako, że mleczka pojawiają się w mojej pielęgnacji sporadycznie, to tak naprawdę nigdy nie zdążę ich zużyć przed terminem. 
Mleczko Dermeny przypomniało mi o tym, że taki demakijaż jest naprawdę delikatny i bezproblemowy - nic nie kapie, nie dostaje się do oczu, łatwo jest pozbyć się resztek produktu z twarzy. 

Skład:
Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Isohexadecane, Glycerin, Betaine, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Biosaccharide Gum-1, Panthenol, Sodium Carrageenan, Maris Sal, Propylene Glycol, Sodium Pca, Glucose, Urea, Glutamic Acid, Lysine, Glycine, Lactic Acid, Allantoin, Xanthan Gum, Methyl Niacinamide Chloride, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Hydroxyacetophenone, Disodium Edta, Triethanolamine, Peg-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Parfum

Plusy nawilżającego mleczka do demakijażu Dermena Hydraline:
  • nie podrażnia
  • dobrze zmywa makijaż
  • jest bardzo wydajne (200ml można kupić w cenie około 16-23zł)
  • skóra po użyciu jest nawilżona, mija uczucie suchości, które zdążyło pojawić się po całym dniu w makijażu
  • ma składniki łagodzące podrażnienia

Minusy nawilżającego mleczka do demakijażu Dermena Hydraline:
  • Phenoxyethanol, Disodium EDTA, PEG-8
  • po raz kolejny - zapach...
  • u mnie demakijaż wymaga dodatkowych kroków (płyn micelarny+hydrolat/tonik), więc nie jest to produkt, który samodzielnie zapewni kompletne oczyszczenie

Dermena Molecule Regen7 Hydraline Kremowa emulsja do mycia twarzy Dermena Hydraline

Kremowa emulsja do mycia twarzy Dermena Hydraline

Wszelkie emulsje do mycia twarzy uwielbiam odkąd zainteresowałam się koreańską pielęgnacją. Najważniejsze, żeby wybrać odpowiednią, która będzie dopasowana do potrzeb skóry - a przy skórze suchej i skłonnej do podrażnień ciężko znaleźć coś idealnego. Wiele prób kończyło się u mnie uczuciem ściągnięcia, wysuszeniem i zaczerwienieniami. Na szczęście tutaj wszystko zagrało i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że ta emulsja jest wyjątkowo delikatna. Najchętniej używam jej rano, do zmycia pozostałości po nocnych kosmetykach pielęgnacyjnych. Polecam Wam mój sposób - ja kosmetyków do oczyszczania twarzy używam pod prysznicem - wtedy nie mam żadnego problemu ze zmyciem czy to emulsji, czy nawet oleju :)

Plusy kremowej emulsji do mycia twarzy Dermena Hydraline:
  • jest bardzo delikatna - na próbę umyłam nią twarz po wcześniejszym umyciu inną emulsją (koreańską, którą uważałam za w miarę delikatną) i kompletnie usunęła uczucie ściągnięcia
  • dla mnie idealna do porannego oczyszczania twarzy
  • dobra wydajność - jedna lub dwie pompki wystarczą do umycia całej twarzy  (a cena regularna to 16-25zł za 200ml)
  • dobrze oczyszcza twarz - o czym świadczy brak jakichkolwiek problemów z cerą, odkąd używam całego zestawu Hydraline

Minusy kremowej emulsji do mycia twarzy Dermena Hydraline:
  • po raz ostatni - zapach!
  • producent w sposobie użycia zaleca masowanie twarzy emulsją aż do wytworzenia się piany - (spoiler alert!) piany raczej nie uda się Wam uzyskać ;)
  • kontrowersje budzi składnik Sodium Lauroyl Sarcosinate, który określany jest mianem umiarkowanie niebezpiecznego ze względu na potencjalne zanieczyszczenie nitrozoaminami 

Skład:
Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Glycerin, Propylheptyl Caprylate, Cocamidopropyl Betaine, 1,2-Hexanediol, Betaine, Panthenol, Sodium Carrageenan, Maris Sal, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Olive Oil Peg-7 Esters, Methyl Niacinamide Chloride, Tocopheryl Acetate, Propylene Glycol, Sodium Pca, Glucose, Urea, Glutamic Acid, Lysine, Glycine, Lactic Acid, Allantoin, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Disodium Edta, Peg-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Hydroxide, Parfum, Sodium Chloride, Tetrasodium Edta, Glycine Soja Oil

Od razu widzicie, że nie są to kosmetyki naturalne, więc nie będę oceniać ich w tych kategoriach. Cała seria Hydraline jest bogata w różne substancje aktywne - wydaje mi się, że twórcy wymyślili naprawdę ciekawe i skuteczne połączenie. Przypomnę: witaminy C i E, allantoina, panthenol, sól morska, kwas mlekowy, mocznik, lizyna, olej sojowy, olej z nasion bawełny. Wszystkie składniki zawarte są w formułach o przyjemnych dla skóry konsystencjach, każda z nich jest bardzo dobra w kontekście swojego zastosowania (w tej kategorii przoduje krem na dzień, który jest chyba pierwszym kremem, który tak dobrze współgra u mnie z makijażem). Kosmetyki są łagodne, mocno nawilżają i skutecznie pomagają utrzymać to nawilżenie przez długi czas. Jedynym minusem jest dla mnie zapach - tak "babcinie" pachnących kosmetyków naprawdę dawno nie miałam ;) Mimo wszystko uważam tę serię za ciekawą propozycję dla osób o suchej skórze. Wydaje mi się, że jesień będzie idealnym czasem na wypróbowanie chociażby kremów :)

Za kosmetyki do testów dziękuję marce Dermena.

Informację o tym, gdzie możecie kupić kosmetyki Dermena, znajdziecie tu: KLIK. Na stronie jest zamieszczona mapka z punktami, w których kupicie Dermenę stacjonarnie, ale widnieje też lista sklepów on-line (są to apteki internetowe).
Za to na stronie producenta trwa promocja -50% i kosmetyki z serii Hydraline można kupić w śmiesznie niskich cenach. Łapcie link: KLIK.